piątek, 19 stycznia 2018

Nadchodzi...

Przekłady emigracyjnych nostalgicznych praskich  liryków czeskiego poety i prozaika a zarazem izraelskiego dyplomaty Viktora Fischla - Avigdora Dagana (1912-2006) wydane na 105 rocznicę jego urodzin przez krakowskie Wydawnictwo MINIATURA

sobota, 13 stycznia 2018

Poświątecznie, posylwestrowo, ponoworocznie,,,



  Pastorałka melancholijna

Do nas Mikołaj nie przyjdzie, bo jeszcze się nie urodził.
Pastuszek  przysiadł na piętach. Piosenkę smętną zawodzi.
Patrzy czy ser im smakuje. Ten Pan wąs z mleka otarł.
Na polu beczą barany. Na polu mgła dziś i słota.
Ta Pani nie wybrzydza na nasze skromne dary.
Nad ogniem suszy pranie. Unosi się obłok pary.

Siedzimy, leżymy w chłodzie. Da się wytrzymać, jest siano.
Ciemno. Patrzymy w niebo, jak w przyszłość zawsze nieznaną.
Obok zwierzęta, spokojne, choć pachną nie najpiękniej.
Jakby ktoś strzelał (na wiwat?), to się Dzieciątko zlęknie.
I rozpierzchną się owce, a ptaki skrzydła połamią.
Zawali się dach i skała, porani piękną Panią.

Do nas Mikołaj nie przyjdzie.  Nie znamy takiego pana.
Myśmy tu biegli po nocy, choć spać mogliśmy do rana.
Trąby nas jakieś zerwały i trzepot. Wstała gromada.
Jedna mizerna gwiazdeczka na daszku się blaskiem pokłada.
A ktoś z kagankiem i workiem do groty jednak się zbliża,
cień się od żłobu skrada. Wyciąga się w kształt krzyża.

niedziela, 31 grudnia 2017

W oktawie Bożego Narodzenia 2017

rysunek Zofia Boruń-Jagodzińska (2001)


Naciągnął kaptur na głowę nierozpoznany człowiek
(gawęda Dziadka M.)

Pastorał, ornat, pektorał schowane są w skrzyni, a może wiszą w szafie.
Naciągam kaptur na głowę, dyskretniej nie potrafię.
Nie wciskam się kominem pocieszną figurą i janczary u sań mi nie grają.
Nie rzucam się w oczy w krasnej kurteczce ani w złotej lamie, tylko tak bają.
Nie kłamię, w zakazane zaułki nie zapuszczam się w infule ani w tiarze,
W ornacie ani w kapie, z  której złoto aż kapie, się nie pokażę.

Kaptur na głowę i zamiast pastorału solidna antypka,
trzewiki cichostępy nie srebrem haftowane,
w pewnych dzielnicach spotkać możecie podobnego typka.
Wieczór, we dnie, w nocy, nad ranem, ja bywam tam wielkim panem.

Bez obstawy kusej i skrzydlatej włóczę się światem.
Tam pies parszywy się łasi, kawał chleba mu rzucę,
tu nawet kot łapczywie zajada, choć buła sucha,
nie tylko wróbel zbiera mizerne okruchy.
Stanąłem pod oknem przy murze, słucham.
Patrzę a tu dziewuchy,
biedne załamują ręce, siąkają nosem,
„Tatku, nie spiesz się, z tą sprzedażą,
jeszcze się losy nasze wyżej ważą,
 my możemy do kuchni, do miotły, do igły
 - jedna przez drugą jęczy –
 do przędzenia wełny,
a nie na pohańbienie, choć tam lepiej płacą.
Sprzedasz nas i sam zostaniesz tu bez nikogo. Na co?
Wstrzymaj się, tato…”
„Pogodzić się trzeba z losem. Dajcie mi spokój, baby,
wszak się nie powieszę…”
Coś upadło. Przerwały płacze. Coś chrzęści czy brzęczy.
Ojciec odwrócił głowę, łzę otarł. 
„Baby, co się dzieje?
Złodzieje to czy szczury?”
Uchylonym okienkiem wpadł z góry mieszek. Pełny.

Dorzucam gratis spokój, zgodę i nadzieję.
Tam choremu na czoło dłoń położę jak kompres.
Ówdzie wesoło zanucę, a gdzie indziej do snu.
Mówią mi cudotwórca, mówią – uzdrowiciel.
A ja nocami, po prostu,
gdy nie zasnę, lubię sam chodzić sobie miastem.
Od lat. I dziś tak chadzam, choć mnie nie widzicie.
Jasne?


(kbj - 2017,  część druga tryptyku mikołajowego, tekst przygotowany na spotkanie opłatkowe OW SPP w Domu Literatury)