czwartek, 8 sierpnia 2024

Parę zdań o „CHORÓBCE” Jana Strękowskiego


 

Parę zdań o „CHORÓBCE”

 („Choróbka, kronika pewnego złudzenia” Jana Strękowskiego)

 Na książkę składają się opowiadania napisane w latach 1976 - 2012. Nic w nich nie zmieniałem, pozostawiłem także bez zakończenia jedno z opowiadań. Wybrałem opowiadania, które są swoistą kroniką minionego ustroju. Tamta epoka jest zamknięta. A nowa? Nie wiemy co może przynieść. Ale to temat na inną opowieść.

(z noty autora o wyborze)

    Habent sua fata libelli, a może Libri sua propria fata habent? Jak te stalinowskie książki ze strychu w opowiadaniu „Fiksum dyrdum”. Nie tylko one – i opowiadania mają swoje losy. Spis treści „Choróbki” czyta się jak wspomnienia, tak, jak kronikę. Układa się on w ciąg przygód utworów żyjących własnym życiem. Lektura odkrywcza i pouczająca. Co, kiedy, gdzie odczytano. Co, kiedy, skąd zdjęto. Czasem jeszcze dowiemy się lub domyślimy – dlaczego i komu to przeszkadzało, a kto miał w tym interes.

„Choróbka” to tytuł wieloznaczny. Na wskroś realistyczny obraz, dokument wręcz, a jednocześnie metafora. Kojarzyć się może z chorobą ustroju, jaką przechorował (a i jeszcze przechodzi) kawał świata. Ślady jak po ospie nosi Polska i jej mieszkańcy uwiecznieni, jeszcze w fazie ostrej, na kartach prozy Strękowskiego. W tytułowym opowiadaniu – monologu, eufemizm zastępujący mocniejsze przerywniki w ustach esbeka jest nie tylko elementem komicznym, sam funkcjonariusz używa zdrobnienia świadomie (jakie to polskie!), ma ono świadczyć o jego ogładzie i wyksztalceniu, o życzliwości „szczerego, dobrego milicjanta”. Pracownika owianej złą sławą instytucji, który nie bije, nie wyzywa, tylko jako „naprawiacz” i „racjonalizator” świata chce przemówić do rozsądku, „wyprostować błędy” młodego inteligenta, wabionego takim sposobem do współpracy.

   Nie jestem krytykiem ani recenzentem, czytam ten zbiór emocjonalnie, pamiętam, z jakim żywym odbiorem spotykały się teksty Strękowskiego jeszcze gorące, w maszynopisie, krążące w publikacjach podziemnych i czytane na spotkaniach autorskich w burzliwych latach 70 i 80 XX wieku. Wtedy czytelnicy w różnym wieku mogli docenić trafność i dowcip, prawdziwość przedstawianych sytuacji i wyrażeń. W gruncie rzeczy utwory opisywały dramatyczne, groźne historie, ale podsłuchane kwestie bohaterów budziły głośny śmiech i wchodziły do środowiskowego języka. Nic dziwnego, że opowiadania świetnie wypadały w głośnym czytaniu, a tytułowa „Choróbka” stała się słuchowiskiem – monodramem prezentowanym na falach Wolnej Europy. Wielu czytelników konfrontowało swoje własne doświadczenia, rozszyfrowywało tropy i aluzje. Aluzje, jakie ówczesny gorliwy cenzor i tak profilaktycznie skreślał z oficjalnych wydań, wyławiał z opisywanych miejsc i zdarzeń, które w większości były „trefne”. Dziś czytelnik nie znający historii, realiów lub nie pamiętający tych czasów może domagać się przypisów, odbiera taką prozę jako fantazję, przerysowanie czy absurdalny utwór humorystyczny, a tak przecież, panie dzieju, było naprawdę. To nie jest zwierciadło „krzywe”, lecz wiernie odbijające. Trzeba jednak oka i ucha pisarza o nerwie dokumentalisty, aby to uwiecznić.  Dramaty pod powierzchnią obserwacji codziennego, ba, pospolitego życia różnych środowisk, rozgrywające się zwykle w nieapetycznych, ale na swój sposób barwnych miejscach (jak przysłowiowe już peerelowskie lokale gastronomiczne, sklepy i urzędy), intrygujące, niepokojące zagadki przeszłości, zagęszczony obraz ideologicznej indoktrynacji, sentymentalizm pamięci o młodzieńczym zapale, złudzenia (czy to z podtytułu?) , a w końcu rozczarowanie, jak bohaterki opowiadania z gombrowiczowskim tytułem i mottem „Poniedziałek – JA”. Po latach pisana już z gorzką wiedzą – „co to się porobiło” (co to się z nami porobiło…) Literatura bez patosu i jadu.

Ale, choróbka, co z tą ręką?

 

  Katarzyna Boruń-Jagodzińska

 

Jan Strękowski

Choróbka

kronika pewnego złudzenia

Kolekcja literacka, Stowarzyszenie Pisarzy Polskich, Warszawa 2023.

           Ilustracje kbj


http://sppwarszawa.pl/publikacja/tom-iv-jan-strekowski-chorobka-kronika-pewnego-zludzenia/

czwartek, 11 lipca 2024

środa, 10 lipca 2024

Objawy i objawienia (wiersz)

OBJAWY ZACHWIANEJ WIARY 

OBJAWIENIA PEWNOŚCI

 

Rozgniecione jagody na fartuszkach.

Palce niebieskie.

Pastuszkowie nieufni nieletni

o gorących sercach.

Dziewczęta, co ani be ani me.

Najwięcej rozumiały te owieczki,

jaką ścieżką podążać,

by końcem końców nie iść tylko na rzeź.

Które zioła niejadowite, choć gorzkie, bardzo gorzkie.

Z jakiego źródła pić.

Bez filozofowania w jaskini.

Oglądają w lesie złote róże,

co wyrosły na stopach Pani.

Oślepiają

gwiazdy uplecione w koronę,

tęczy wszechmocną ręką na nieboskłonie

zawiązana wstęga

ściska w gardle łzy.

To było zbyt piękne,

żeby ot, tak, wracać teraz prędko do wsi, do domu, do szkoły,

do przytomności.

Kopciuszki oddzielają groszki różańca od borówkowych korali,

gubią niedzielne buty,

srebrny sznurek.

Łańcuszek wody,  oszalałe Słońce.

oszczędzą im nocy, dusznej od zwątpienia.

Cienie czy cięcia na policzkach?

Małe dłonie ocierają dziecięce, poważne oblicza.

Im też zostaną pręgi od uderzeń świata.

W domu starsi strofują;

to tylko kurz drogi, popiół z paleniska, źdźbła ostre, ziemniaczana nać,

rozgniecione jagody -

jedne krew, inne atrament.




niedziela, 31 marca 2024

sobota, 30 grudnia 2023

w oktawie Bożego Narodzenia 2023

 

Cicha noc

Niżej gwiazd
miasta i groty, oliwne ogrody,
niżej aniołów
ludzie, pola słoneczników,
pustynie oświetlone księżycem,
i tylko księżycem,
spadają tylko gwiazdy,
nawet kiedy ranią,
jest to z woli kosmosu, twardych praw natury.
Nie z woli mężów
ogień spadł na ziemię.
Skrzydła na niebie
to tylko ptaki i anioły.
Bywały kiedyś noce,
noce ciche i święte.
Nie mniej czarne, nie mniej granatowe,

z makiem gwiaździstym głębsze,
a przecież mniej ciemne.
W okopach śpiew naiwny,
szczere głosy drżące,
w schronach krótki oddech murmurando,
w lasach czujne milczenie,
by nie zdradzić miejsca.
Cicha, wielka i ciemna,
ciemna jak noc zwątpienia.
Anioł roztropny czeka,
powoli frunie,

 nad akwenem świata,

nad pustynią
niesie oliwę
do lampy.

 

felietony poetyckie w Migotaniach - coś o poetach, coś o wymianie zdań


 

 

Pasquillus czyli gadające posągi

 

Chłodne w cieniu dziedzińców i nisz stoją wyprostowane,

(jeśli o kawałku głowy i biustu można tak powiedzieć)

albo pośrodku placu leżą niedbale

nagrzane w skwarze,

bezwstydne w rzymskim upale.

Porzuciły wille i ołtarze.

Swędzą poobijane marmurowe nosy.

Tu cię boli! Ty ofiaro żołdackiej swawoli!

 

W gęstej duchocie, w półcieniu podwórka,

równo poprzyklejane do postumentów,

jak te żółte karteczki do zaznaczania na biurkach sekretarek,

jak niegdyś wlepki w autobusach.

 

Już z rzadka dziś zdania ubierane zręcznie

w kształt figlarnej fraszki czy ćwierkania wróbli,

częściej zieją oddechem, z okiem bazyliszka.

 

Jednego gadułę widać z bramy,

na ciasnym podwórcu,

w kędzierzawych włosach, w dziurkach nosa,

w każdym zagięciu i otworze ciała wetknięte kartki

-         nosicielki prawdy i gniewu

pod komiczną maską Hanibala.

Prostokąty jak ekran laptopa czy smartfonu.

 

Na welinowej karcie kaligraficzny okrzyk:

“Wszyscy sławni są u nas”, “wszyscy sprawiedliwi są u nas”,

“wszyscy wybitni są u nas”, “wszyscy mądrzy są u nas”.

Na wydartej ze szkolnego zeszytu:

“gupi jaśo jezd bżytki”,

Na pustej wizytówce:

“wszyscy fanatycy, wszystkie beztalencia są u was”.

Na skrawku gazety:

“nie łączcie się, rozpadajcie!”

Na bilecie z metra:

“burmiszcz pszepija nasze podatki” albo “pisarczyna zrzyna”

Przechodnie w biegu robią autoportrety sobie i posągom,

nie czytając klikają oburzeni.

Pasquillus czy też Pasqualino zachowuje chłód marmuru,

wszystko czyta ślepymi oczyma,

wiatr kręci młynka papierami na bruku.

Takie to boże młyny.